Sunday, 23 May 2010

W Krolestwie Lososia. Salmon fishing in Russia.





W Krolestwie Lososia
Salmon kingdom of the Chavanga.
Jest rok 2001 Jedziemy na ryby na Lofoty. Sześć osób w busie – nie jest źle, niektórzy nawet mogą wyprostować nogi. Przed nami jeszcze jakieś 30 godzin jazdy... Aby skrócić cierpienia podróży, organizator puszcza film nakręcony na zupełnie innej wyprawie przez zupełnie innych ludzi. Ma to być przestroga dla tych, którzy narzekają. Tam też kilku wędkarzy jedzie na ryby do Rosji i przez Rosję, bus ciaśniejszy, droga dłuższa. Po przebyciu 2,5 tys. km ekipa (z niedowierzaniem przecieram oczy) przesiada się do czołgu. Jadą dalej by dotrzeć nad kompletnie dziką rzekę na pograniczu tajgi i tundry. Używają jakichś dziwnych, długich wędzisk, które trzeba trzymać oburącz. To dwuręczne kije łososiowe. Za przynętę służą im strzępki sierści i piór przywiązane do haczyka. Patrzyłem na to wszystko z politowaniem… Jechać tyle kilometrów, przez kraj, w którym wydarzyć się może wszystko, żeby łowić ryby na muchę, jakby nie było spinningu.
Uznałem wówczas, że moja sytuacja – pasażera busa jadącego na Lofoty – jest niezwykle komfortowa. Przez myśl mi wtedy nie przeszło, że kiedyś spotka mnie to samo.
Czerwiec, kilka lat później... Przygoda rozpoczyna się na dworcu PKS-u w Białymstoku. Jedenastu łowców pragnących zmierzyć się z najszlachetniejszą z ryb, dzikim łososiem atlantyckim, siedzi na olbrzymiej stercie tobołów i oczekuje na rejsowy autobus do Grodna. Obok nich liczna grupa białoruskich „mrówek” przygląda się z politowaniem. Na rybałku do Rassiji? Od tego dobrobytu nieźle tym Polakom poje... się we łbach...
Wesoły nastrój mija, gdy dojeżdżamy do granicy. Formalności się wydłużają, wykupujemy ubezpieczenie, którego koszt nie jest jednak zaporą dla tych, którzy zapragnęli odwiedzić ten kraj – adin dolar. Zaporą jest liczba dokumentów, które trzeba przy okazji wypełnić.
Docieramy do Grodna, gdzie oczekują na nas dwóch kierowców – Żenia i Wasia – oraz dwa busy. Po załadowaniu sprzętu wędkarskiego i obozowego w samochodach robi się naprawdę ciasno. Wróciły wspomnienia mojej podróży do Norwegii, wtedy czułem się jak pączek w maśle. Puste i zarazem równe drogi Białorusi umożliwiają szybkie dotarcie do „matuszki Rassiji”. Szczęśliwie tutaj przekroczenie granicy to już tylko formalność.
Gdy się jedzie przez Białoruś, a później przez Rosję jedna rzecz uderza najbardziej: wszystkie domy są zbudowane z drewna. Teraz rozumiem, dlaczego po rosyjsku wieś to dieriewnia. Mijane w obu krajach chałupy są tak samo wiekowe, jednak te rosyjskie bardziej zdewastowane.
Niewygody podróży zagłusza gorzałka. Pijemy (oczywiście bez przesady), budzimy się, pijemy i tak aż do Kandałakczy. To miasto to brama na półwysep Kola, leży już za kołem polarnym. Tam stacja benzynowa wielkiego światowego koncernu i hot-dogi takie same jak u nas, jakże smaczne „na kacu”.
Kandałakcza to także ostatnie miejsce, gdzie można uzupełnić zapasy. Supermarket zaopatrzony nie gorzej niż w Polsce, mimo odległości od cywilizacji poraża wybór piw. Mieli wszelkie znane mi światowe marki, nawet te lokalne. Podam jeden przykład mojego ulubionego słowackiego piwa – Wielkopopowicki Kozel.
Busami jedziemy jeszcze dalej w tajgę, do końca asfaltowej drogi, a ta kończy się we wsi Umba. Tutaj zmiana…, punktualnie zjawiają się miejscowi na bardzo wysłużonych ułazach. Ich surowe rosyjskie twarze budzą respekt, może lekką obawę. Sama świadomość, że ci ludzie nie widzieli świata, z którego my pochodzimy, pobudza wyobraźnię. Okazuje się, że to mistrzowie terenowej jazdy. To, co wyciskali ze swych wysłużonych maszyn przechodziło wszelkie wyobrażenia. I tak po dwustu kilometrach niebywałych bezdroży dojechaliśmy do rzeki, której nazwę łowcy łososi, wszędzie na świecie, wymawiają z najwyższym szacunkiem – Varzuga. My znaleźliśmy się przy jej ujściu do Morza Białego, gdzie rozlewa się szeroko jak Wisła w Warszawie. To jednak nie koniec podróży, nie zamoczymy naszych much w jej odmętach, ta podróż tak naprawdę dopiero się zaczyna.
Przez Varzugę przeprawiamy się małą łódeczką, liczba osób i sprzętu wydłuża w nieskończoność tę operację. Po drugiej stronie dieriewnia jak z dziewiętnastego stulecia, tak jakby samochody, które nas wiozły, okazały się wehikułami czasu. Wieś Warzuga to w połowie wyludniona osada rybacka. Niektóre domy są opuszczone, inne nie. Przy tych drugich kręcą się psy. Są bliźniaczo podobne do znanych nam syberian husky, tylko nikt od dłuższego czasu nie czesał im futra. Na jednym z zabudowań ledwo widoczny napis: „Czieławiek trudom sławien”. Jakże wymowny… Niewątpliwy trud codziennego życia mieszkańców tej osady nie przyniósł im sławy. Czy trudy karkołomnej wyprawy na łososie, którą podjęliśmy, ją nam przyniosą?


Będziemy używać jeszcze dwóch środków transportu. Pierwszy to Ził – rocznik 69, jak na dziewiętnaste stulecie całkiem nowy. Ledwo pomieściliśmy się na pace wraz z bagażem. Podziwiamy wspaniałe widoki, bo pół dnia jedziemy wybrzeżem Morza Białego. Do miejscowego kolorytu zaliczam całkiem nową bombę lotniczą, którą mijamy po drodze. I tak jesteśmy prawie u celu. To wieś Chavanga, leżąca przy ujściu rzeki o takiej samej nazwie. O tej porze roku (początek czerwca – tutaj wczesna wiosna) powinna być pełna łososi.
Wieś ta to kołchoz o jakże romantycznej nazwie Woschod Komunizma. Nie możemy się napatrzeć na skromne zabudowania, w których mieszkańcy muszą znosić niezwykle surowe zimy. Wokół suszą się ryby, stoją zaparkowane wjezdochody (pojazdy zbudowane na bazie czołgów i transporterów wojskowych). Klimaty, które naprawdę trudno wyrazić słowami. Ów kołchoz to także właściciel rzeki, i tu kupujemy licencje. Bardzo profesjonalnie wydrukowane, jakby pochodziły z Morrum w Szwecji – Rosja to naprawdę kraj kontrastów.
Za wsią park maszynowy albo raczej ich cmentarz (tak chyba mogę to nazwać). Na placu wielkości boiska piłkarskiego stoją równo zaparkowane maszyny rolnicze, wszelakiego rodzaju. Od prostych pługów do wielkich kombajnów. Wszystkie pokrywa gruba rdza, tak jakby za chwilę miały się rozsypać w pył. Coś tu nie pasuje, mimo straszliwego stanu nie widać na maszynach śladów zużycia. Bieżnik na oponach jest zupełnie nietknięty, mimo że guma sparciała. Na każdej tabliczka znamionowa z ta samą datą 1982 god. Wszystko staje się jasne. Pewnie ktoś wymyślił, że w kołchozie obok lub zamiast rybactwa powinno się uprawiać rolę. Przysłał maszyny, tylko był słaby z geografii i zapomniał, że w tych stronach zima trwa 9 miesięcy. Jak maszyny zostały dostarczone, by wzmacniać komunizm, tak stoją po dziś dzień w tym samym miejscu.
Jesteśmy coraz bliżej celu. Ostatni odcinek drogi przez bagna rozmarzniętej tundry pokonujemy wjezdochodem. Grzesiek ma telefon mierzący poziom hałasu, wewnątrz jest 200 decybeli.
Teraz pozostało rozbić obóz, uzbroić wędki i na ryby. Pierwszy ze wszystkim uporał się Rafał, odszedł od namiotu jakieś 10 m, wykonał pierwszy speyowy rzut, mucha spływała szerokim łukiem, targnięcie i hol. Srebrny 3– kilowy łosoś ląduje na brzegu. Patrzyłem na wszystko z niedowierzaniem, to było zbyt piękne.
Chavanga to niewielka rzeka płynąca w południowej części półwyspu Kola. Uchodzi do Morza Białego. Nie wchodzą do niej okazałe kilkunastokilowe łososie, największe ryby, które będziemy łowić, będą mały 6–7 kg, jednak najczęściej będą to trójki. Te większe wolą rzeki na północy, uchodzące do Morza Barentsa. Tam licencje są znacznie droższe. Należy dodać, że na półwyspie Kola na wszystkie rzeki sprzedaje się limitowane licencje. Mimo dzikości okolicy dawno doceniono potencjał i korzyści, jakie niesie ze sobą wędkarstwo. Dba się o rzeki i łososie. W tych stronach za kłusownictwo grozi kara ostateczna.
Dla mnie nawet 3-kilowe srebrniaki to nie lada gratka. Czasem udało mi się złowić w Polsce wychudzonego kelta, jednak srebrnej ryby z rzeki jeszcze nie „dostałem”.
W końcu uporałem się z namiotem oraz z wędką i z ogromną tremą stanąłem nad wodą. Rzuty speyowe ćwiczyłem nad Wisłą, nad Wkrą, tylko czy ten trening okaże się wystarczający? Wokół bardziej doświadczeni koledzy wyciągają pierwsze salmo salar. Ja jednak nie daję rady dorzucić do miejsc, w których one się ustawiają. Po kilku godzinach wychodzę z wody, bez łososia. Goretex zamarza na mnie natychmiast. Mimo panującej jasności jest trzecia w nocy, gdy słońce zbliża się do horyzontu wracają przymrozki. Tak naprawdę to zbawienie, dzięki temu jest mało owadów. Następnego dnia idzie mi lepiej. Kilkugodzinny trening rzutowy przynosi efekty, jeszcze tylko Grzesiek i Rafał dają mi cenne wskazówki i zaczynam holować swojego pierwszego łososia złowionego na muchę.
Wcześniej nawet nie przypuszczałem, że długi dwuręczny kij może tak doskonale amortyzować odejścia ryby. Do takiego typu holu trzeba przywyknąć. Gdy zdobycz ląduje na brzegu, jestem przepełniony szczęściem. Sporo trudu kosztował mnie ten pierwszy łosoś. Najpierw półroczne kręcenie much, kompletowanie sprzętu (i tutaj należą się podziękowania Januszowi Nagatowi za doskonałe uzbrojenie wędziska), trenowanie techniki rzutów, wyczerpująca podróż i w końcu jest upragniony salmo salar. Ostrożnie go odhaczam i zwracam wolność. Czieławiek trudom sławien – uśmiecham się do siebie.
W pierwszych dniach najskuteczniejszą muchą okazuje się orange fighter kręcony na mosiężnej tubie. W następnych woda powoli opada i inne wzory przeżywają swój czas. Króluje Ally’s Shrimp w wersjach pomarańczowej i czerwonej (tu chyba nikogo nie zaskoczyłem). Także mieszanka obu kolorów daje nadspodziewane efekty. Ktoś ma sukcesy na Undertakera. Na jeszcze niższej wodzie mam swój dzień, łowiąc Stoat, Thunderem, pod koniec rządzi Wiilie Gunn ukręcony na lekkiej plastikowej tubie.
Nie wszystkie ryby, które łowimy, są srebrne; znaczna ich część ma kolor przypalonego metalu. Widać, że już jakiś czas temu weszły do rzeki.
Ogromna większość trafia z powrotem do wody. Jednak ich niewielki odsetek kończy na naszym stole. Przyrządzamy je na wszelkie możliwe sposoby, czyli: robimy tatara, jemy w formie sushi (takiego najprawdziwszego zawijanego z ryżem i wodorostami) – to zasługa organizatora wyprawy, znakomitego wędkarza i kucharza, zwanego w niektórych kręgach Sqrkiem. Łososia podajemy również w formie sushimi z sosem sojowym, wasabi i marynowanym imbirem. Doskonale smakuje namoczony w dwunastoletniej whisky zmieszanej z miodem i uwędzony w dymie ogniska. Smażymy tylko raz, bo usmażyć rybę – znaczy tyle, co się poddać. Przy tym wszystkim nie zapominamy dopełnić męskiego rytuału, żeby łosoś nie pomyślał sobie, że go psy jedzą.


Kolejny dzień albo już noc, Sqrek wychodzi z namiotu gotowy iść łowić. Wszyscy wybuchamy śmiechem, nikt nie wierzy w to, co widzi. Patrząc od dołu, wszystko się zgadza: buty do brodzenia, spodnie z goreteksu. Jednak od pasa w górę coś nie pasuje. Spod spodni wystaje wełniana marynarka o bardzo klasycznym kroju, spod niej biała koszula (prawie niepognieciona), u szyi uwiązany krawat w Kubusie Puchatki, a na głowie czapka, której nie powstydziłby się Sherlock Holmes. Dźwigając to wszystko przez te bezdroża, Sqrek oddał hołd pewnej wędkarskiej tradycji, która zaczęła się na wyspach, oddał hołd łososiom, bo tak szlachetne ryby należy łowić tylko w garniturze. A przy okazji ubawił nas i Państwa, którzy go możecie oglądać na zdjęciu.
Maciej Król

No comments:

Post a comment